Niedosłuch nie jest dla mnie tematem tabu. Wywiad z Tomaszem Janeczko, słyszącemu dzięki implantom pacjentowi IFPS i triathloniście.

Jedno z jego postanowień noworocznych brzmiało: wezmę udział w triatlonie. Parę miesięcy później stał już na starcie swoich pierwszych zawodów. Co go do tego zmotywowało? Być może to, że wcześniej poznał wspaniałych ludzi, którzy przeszli tę samą drogę co on i bardzo mu pomogli w otwarciu się na innych i zrozumieniu siebie. I podobnie jak Tomasz Janeczko mają implanty słuchowe, które otrzymali w Światowym Centrum Słuchu IFPS w Kajetanach.

Turnus rehabilitacyjny w Łebie, styczeń 2019 r.
Turnus rehabilitacyjny w Łebie, styczeń 2019 r. Na tym wyjeździe pan Tomasz poznał wspaniałych ludzi z implantami słuchowymi, którzy stali się jego przyjaciółmi.

Słyszę: Uprawia Pan triatlon, bierze udział w zawodach. Dlaczego wybrał Pan taką dyscyplinę, która osobom posiadającym implanty słuchowe może stwarzać problemy?
Tomasz Janeczko: Zacznę od tego, że nauczyłem się pływać dopiero na studiach. Wybrałem sekcję pływacką, bo wtedy jeszcze nie miałem implantu. I tak od 10 lat pływałem, choć nie robiłem tego regularnie, raczej sporadycznie – raz na miesiąc, raz na dwa tygodnie. Muszę przyznać, że pływanie stało się dla mnie odskocznią – byłem sam, nie musiałem się na niczym skupiać, tylko na oddechu. Miałem wtedy czas dla siebie, nikt mnie nie dekoncentrował, byłem sam ze sobą, z nikim się nie musiałem ścigać, nikogo słuchać. Ja tak naprawdę od zawsze byłem indywidualistą, dlatego gry zespołowe w ogóle mnie nie pociągały.
Jeśli chodzi o same zawody triatlonowe, to ja się muszę, jak to nazywam, „rozbroić” już pół godziny przed zawodami. Zdejmuję wtedy procesor, aparat i w zasadzie w ciszy przystępuję do zawodów. To wszystko robię w tzw. strefie zmian – to jest centralny punkt zawodów, czyli miejsce, gdzie się zostawia rower, buty biegowe, koszulkę, ręcznik, piankę do pływania.
Zawody zaczynają się od pływania. Jeszcze parę lat temu był to start wspólny i wszyscy (100, 200 czy 500 osób) naraz wbiegali do wody i płynęli. Teraz jest to tzw. rolling start, czyli zawodnicy startują grupami i to ma dla mnie większy sens, bo ja się mierzę ze swoim czasem, a nie z tym, czy jestem pierwszy, czy kogoś wyprzedziłem albo ktoś mnie. Potem wsiadam na rower – pod kask też nie założyłbym procesora – no i na końcu biegnę. Tak naprawdę w tym czasie procesor i aparat nie są mi potrzebne, bo już żadne ogłoszenia, informacje nie są podawane. Z regulaminem dotyczącym zawodów i tak musimy zapoznać się wcześniej – co nam wolno, a czego nie, np. że nie wolno nam ściągnąć kasku, dopóki nie odłożymy roweru.
A dlaczego triatlon? Ja tak naprawdę przygodę z triatlonem rozpocząłem rok temu, to było moje postanowienie noworoczne. Stwierdziłem, że skoro już pływam, tak jak pływam, rower górski mam, na którym jeździłem sporadycznie do czasu, aż mieliśmy w pracy zawody rowerowe – w które się wkręciłem – no więc skoro pływanie i rower, to jeszcze tylko bieganie i mogę startować w triatlonie. Dodatkowym impulsem było też to, że jako dziecko widziałem w telewizji zawody Iron Man na Hawajach i byłem pod ogromnym wrażeniem ludzi biorących w nich udział, którzy kończyli te zawody po kilkunastu godzinach. To był dla mnie niesamowity wyczyn.

Słyszę: To trzeba mieć duszę długodystansowca, żeby uprawiać triatlon?
Tomasz Janeczko: Ja zacząłem startować w tzw. sprincie, a w tym roku planuję dwa razy dłuższe dystanse. Całe zawody sprinterskie kończę mniej więcej po półtorej godzinie. Przepływam 750 metrów – ok. 20 minut, potem 20 kilometrów rowerem, czyli 40 minut, i bieg na dystansie pięciu kilometrów – ok. 27 minut. Jeśli na mecie mam taki wynik, to jestem szczęśliwy. Trenuję 3-6 razy w tygodniu, najczęściej z samego rana przed pracą lub wieczorem, gdy żona kładzie synka spać. Staram się też podczas weekendu przejechać rowerem dłuższą trasę, a więc ok. 40–70 km.

Słyszę: Zawody, które szczególnie Pan zapamiętał?
Tomasz Janeczko: Mój debiut, czyli pierwszy triatlon. Poza tym w tamtym roku bieg na pięć kilometrów na stadionie w Piasecznie. Już nas wszystkich ustawili na starcie, ja zdjąłem procesor i nagle sędziowie zaczynają coś czytać. Nie wiem, o co chodzi, jestem kompletnie zdezorientowany, bo wszystkie informacje podano już wcześniej. I myślę, co tu robić. Podejrzewam, że może czytana jest lista obecności, ale pewności nie mam. Podchodzę więc do nich i mówię, że jestem osobą niesłyszącą i jeśli sprawdzają obecność, to nazywam się tak i tak. Oni coś tam powiedzieli, ja się odwracam i nagle widzę tych wszystkich ludzi, którzy mają ze mną biec, którzy mi pokazują, że jest OK. To było niesamowite, poczułem wtedy takie wsparcie. Zresztą to poczucie wspólnoty z pewnością ma wpływ na budowanie mojej tożsamości, na dowartościowanie się, i chociaż biegnę sam i jestem skazany w tym momencie na siebie, a do tego nie słyszę, to jednak jestem w grupie, która mnie wspiera. Nie mam problemu z tym, żeby podejść do osoby obok i powiedzieć, że nie słyszę i że gdyby coś się działo, były podawane jakieś informacje, to żeby dał mi w jakiś sposób o tym znać. I jeszcze nie było tak, żebym spotkał się z niezrozumieniem.
Myślę, że kolejne zawody mogą być wyjątkowe, bo najbliższy triatlon odbędzie się jeszcze w marcu i jest tak ciekawie zorganizowany, że będziemy pływać na krytym basenie, potem jeździć na rowerku stacjonarnym i biegać na bieżni. W takich zawodach jeszcze nie uczestniczyłem. „Normalny” triatlon odbędzie się natomiast około połowy maja.

Słyszę: Czy rodzina też prowadzi taki sportowy tryb życia?
Tomasz Janeczko: Żona nie, ale syn lubi biegać, poza tym chodzi na naukę pływania. Kiedy mu towarzyszę, to wie, że gdy ściągnę procesor, nie będę go słyszał i że musi słuchać wtedy trenera. Michał już to rozumie i jest to dla niego rzecz normalna, że tata nie słyszy.

Słyszę: Kiedy pogarszający się słuch stał się na tyle uciążliwy, że zdecydował się Pan na wszczepienie implantu?
Tomasz Janeczko: To było pięć lat temu – w 2016 roku na początku stycznia miałem wszczepiony implant. Wcześniej nosiłem aparaty słuchowe – mniej więcej od 20. roku życia. Tak naprawdę zawsze uważałem, że mam gorszy słuch niż rówieśnicy – w szkole podstawowej, kiedy bawiliśmy się w „głuchy telefon”, to on najczęściej zatrzymywał się na mnie. Jednak ten stopień niedosłuchu, który wtedy miałem, nie był jakiś znaczący, dlatego w ogóle nie zwracałem na to uwagi. Poza tym to pogarszanie się słuchu następowało bardzo powoli. W szkole podstawowej i średniej nie miałem problemów z nauką, słyszałem to, co mówili nauczyciele. Dopiero pod koniec liceum powiedziałem rodzicom, że coś jest nie tak. Już po zakończeniu szkoły poszedłem do laryngologa i tam stwierdzono, że mam dość duży niedosłuch. Moja mama była tym zszokowana, no bo ja wcześniej nie skarżyłem się, że źle słyszę. Okazało się, że niedosłuch jest obustronny – na lewe ucho troszkę lepiej słyszałem, na prawe gorzej.

Więcej w wydaniu:
https://slysze.inz.waw.pl/16-kwietnia-swiatowy-dzien-glosu-slysze-nr-marzec-kwiecien-8-178-2021/

https://slysze.inz.waw.pl/16-kwietnia-swiatowy-dzien-glosu-slysze-nr-marzec-kwiecien-8-178-2021/