Ludzie, którzy nie słyszą, mogą wszystko, z wyjątkiem słyszenia, powiedział King Jordan, pierwszy niesłyszący rektor Uniwersytetu Gallaudeta. Teraz, dzięki współczesnym metodom leczenia wad słuchu, niesłyszący mogą także słyszeć. Mogą więc także normalnie żyć i pracować, jak inni ludzie. Jako osoba, która urodziła się z głębokim niedosłuchem, i użytkowniczka implantu ślimakowego chcę pokazać innym, że mając problemy ze słuchem, można ukończyć studia, usamodzielnić się i odnaleźć drogę do szczęścia. Pragnę dać siłę wszystkim zmagającymi się z głuchotą – dzieciom, ich rodzicom oraz dorosłym. Najbardziej zależy mi jednak na tym, aby słyszący przekonali się, że osoby niedosłyszące i niesłyszące są tak samo wartościowymi ludźmi, podkreśla Michalina Kentzer, pacjentka IFPS, która postanowiła opowiedzieć swoje przeżycia w książce „Cisza – moja siła”.
Jestem pierwszą pacjentką z województwa kujawsko-pomorskiego, której wszczepiono implant ślimakowy. To urządzenie odmieniło moje życie na lepsze. Do implantu przyzwyczaiłam się tak bardzo, że nie jestem w stanie funkcjonować bez włączonego procesora. Bez tego małego urządzenia za uchem czuję się kompletnie bezbronna. Staje się osobą głuchą i tracę wtedy poczucie bezpieczeństwa. Potrzebuję go więc jak powietrza. Przy wyłączonym procesorze mowy mogę komunikować się jedynie w języku migowym, bo słyszę tylko jazgot, np. dźwięk samolotu, pisk samochodu, muzyki ustawionej na maksymalną głośność. Znowu zostaję zamknięta w skorupie, w której spędziłam pierwsze 15 lat swojego życia. Jestem teraz 34-letnią, samodzielną, cieszącą się z życia kobietą z głową pełną planów na przyszłość. Wszystko dzięki umiejętnościom operacyjnym prof. Henryka Skarżyńskiego, który wykonał pierwszy zabieg wszczepienia implantu ślimakowego u osoby całkowicie głuchej w 1992 r. Gdyby nie on i jego praca, nadal żyłabym pogrążona w świecie ciszy i pewnie nie byłabym w tym miejscu, w którym jestem dziś. Za przywróconą możliwość słyszenia będę mu wdzięczna do końca życia.

W moim przypadku – mam głęboki niedosłuch odbiorczy – na ten moment nie ma metody pozwalającej na całkowite wyleczenie. Implant daje mi możliwość słyszenia w 60–70 proc. Może kiedyś pojawią się rozwiązania, dzięki którym będę mogła słyszeć jeszcze lepiej. Na dzień dzisiejszy pozostaje mi śledzenie najnowszych osiągnięć medycyny. Liczę na to, iż w najbliższej przyszłości prof. Henryk Skarżyński wprowadzi jeszcze lepszą metodę leczenia niż implant ślimakowy, całkowicie likwidującą głuchotę. Gdyby pojawiło się coś nowego, na przykład terapia z zastosowaniem komórek macierzystych, natychmiast pojechałabym do Kajetan. Mam nadzieję, że przyjdzie taki dzień, kiedy będę mogła z każdym porozmawiać bez żadnego wysiłku.
Jak usłyszałam świat
Do szpitala w Kajetanach pod Warszawą dotarłam 20 stycznia 2004 r. Miałam wtedy 15 lat i uczęszczałam do trzeciej klasy gimnazjum. Lista oczekujących była bardzo długa, dlatego na operację czekałam ponad dwa lata. Wcześniejsze wyniki badań, m.in. tomografii głowy, były prawidłowe, nie stwierdzono żadnych przeciwwskazań do tego nowatorskiego wówczas zabiegu. Oczekiwałam go niecierpliwie, bo bardzo chciałam słyszeć. Dotąd żyłam w krainie ciszy, a niedosłuch z czasem coraz bardziej się pogłębiał. To była wielka szansa na poprawę jakości mojego życia.
Po wyjściu ze szpitala przez miesiąc siedziałam w domu pod troskliwą opieką rodziny. Brałam tabletki przeciwzapalne i sterydowe. Lekarze ostrzegali mnie, iż nie wolno mi się przemęczać, ale brak aktywności doprowadzał mnie do szału. Czas się dłużył. Czytałam więc książki, malowałam, oglądałam filmy, i… z wielką niecierpliwością czekałam na następną wizytę w Kajetanach. W końcu po miesiącu od operacji dotarłam do kliniki. Nie mogłam doczekać się momentu, kiedy usłyszę moje pierwsze dźwięki w życiu.
Na konsultację trafiłam do pani Anity, która jest inżynierem ustawiającym implanty ślimakowe. Od razu wzbudziła moje zaufanie. Wyjęła czarną teczkę, w której był mój procesor. Urządzenie wyglądało zupełnie inaczej niż moje aparaty słuchowe i… bardziej elegancko się prezentowało. Pani Anita zapytała mnie, czy jestem gotowa na pierwsze dźwięki. Potem poprosiła, abym mocno się skupiła i spróbowała odróżnić kolejne dźwięki z otoczenia. Przed sobą miałam kartkę ze skalą głośności (bardzo cichy, normalny, głośny oraz bardzo głośny). Musiałam wskazać na kartce, jaki odbieram dźwięk. Podczas rozmowy czytałam z ruchu warg. Jednak nie wszystko było dla mnie zrozumiałe. Pani Anita pokazała mi monitor. Widziała, że czułam się niepewnie i starała się rozluźnić atmosferę.
Założyłam mój procesor za małżowinę uszną. Spojrzałam na mamę i brata. Wyglądali na promieniejących ze szczęścia – dodawali mi otuchy. Pani Anita zadała pytanie, czy cokolwiek słyszę – nie słyszałam, nadal trwała ta głucha cisza. Rozpoczęła się zabawa w odbieranie cichych dźwięków. I tak przez dobre 20 minut nic nie zasygnalizowałam pani Anicie. Byłam przygotowana na klęskę, ale potem usłyszałam bardzo cichy dźwięk. Obudziła się we mnie nadzieja, że nie wszystko jest stracone. Z czasem dźwięki były coraz głośniejsze, nabierały wyraźnej barwy. Nagle poczułam się fatalnie. Zimny dreszcz przechodził mi po plecach. Odbierane sygnały były już za bardzo hałaśliwe. Miałam dość! Pani Anita wyjaśniła, iż to normalna reakcja każdego nowo zaimplantowanego pacjenta.
Kiedy wyszłam ze szpitala, po raz pierwszy usłyszałam głos mamy i brata. Cieszyłam się tak, jakbym zdobyła Himalaje.

Mam plany i marzenia…
Gdyby ktoś siedem lat temu oznajmił mi, że pokocham Poznań, to popukałabym się w czoło. Dziś mogę powiedzieć, iż uwielbiam to miasto, ponieważ tętni ono życiem. Nie ukrywam, że po przeprowadzce bywałam smutna i przygnębiona oraz pełna różnych obaw. Potrzebowałam czasu, by odnaleźć się w innej miejscowości, z dala od rodziny, która nadal pozostała dla mnie ważna. Rodzina to moi oddani i najcudowniejsi przyjaciele. Jestem bardzo związana ze swoją mamą i bratem. Po rozmowie telefonicznej z nimi od razu mam lepsze samopoczucie. Wiem, iż nasze relacje się nie zepsują i pozostaną takie, jakie były w Bydgoszczy. Wyprowadzka z rodzinnego domu okazała się jednak strzałem w dziesiątkę. Dopiero w tej chwili czuje się sobą i jestem bardzo szczęśliwa.
Tekst powstał na podstawie fragmentów książki Michaliny Kentzer „Cisza – moja siła” wydanej w 2019 r. w Poznaniu.
Więcej w wydaniu: