Usłyszałem śpiew ptaków. Historia z happy endem Zdzisława Surowańca, 67-letniego pacjenta IFPS ze Stalowej Woli.

Nie przyjmował do wiadomości, że źle słyszy. Wstydził się problemów ze słuchem. Kiedy rozpoczął leczenie, miał już tak duży jego ubytek, że poprawić jego słyszenie można było tylko przez wszczepienie implantu. – Procesor mowy stał się częścią mnie, to mój przyjaciel – podkreśla 67-letni pacjent IFPS Zdzisław Surowaniec ze Stalowej Woli, opowiadając swoją historię.

W Szkole Podstawowej nr 1 w Stalowej Woli na Podkarpaciu byłem jedynym chłopakiem w chórze, jaki prowadziła Danuta Steczkowska (tak, tak, to zmarła w listopadzie 2020 roku mama znanych śpiewających córek). Kiedy do mojego miasta w połowie lat 60. ubiegłego wieku przyjechał Teatr Narodowy ze sztuką Stefana Żeromskiego „Uciekła mi przepióreczka”, w której grali Halina Mikołajska i Gustaw Holoubek, zostałem wybrany do chórku dziecięcego – miałem kończyć tytułową piosenkę. Po jakimś czasie zająłem pierwsze miejsce w konkursie piosenkarskim, śpiewając o swoim mieście. Jeszcze w szkole średniej śpiewałem z koleżanką na akademiach, recytowałem, grałem w teatrze amatorskim. W tamtym czasie nie przyszło mi nawet do głowy, że kiedyś mogę mieć jakieś kłopoty ze słuchem.

Jego stopniowa utrata była tak wolna jak kapanie wody, kropla po kropli. Nie mam pojęcia, kiedy się to zaczęło, co było przyczyną postępującej głuchoty („głuchota” to dla mnie okropne słowo, kojarzące się z niedołężnością i starością!). Gdy więc trafiłem w 2017 r. do Światowego Centrum Słuchu w Kajetanach, nie umiałem odpowiedzieć na pytanie „Od kiedy ma pan problem ze słuchem?”. Może to się zaczęło już w wieku dwudziestu lat, kiedy z powodu grypy lekarz zapisał mi gentamycynę, antybiotyk, który jest jednym z farmaceutyków najczęściej uszkadzających komórki słuchowe znajdujące się w ślimaku. Skutkiem jej zażywania jest – jak to określają specjaliści – uszkodzenie polekowe ucha wewnętrznego. Tę informację znalazłem w artykule naukowym „Ototoksyczność – niebezpieczeństwo farmakoterapii”. A może jednak słuch uszkodziły mi inne leki – salicylany, po których kiedyś dostałem uczulenia? Są też inne poszlaki. W dzieciństwie bawiliśmy się w strzelanie. Na budowach były urządzenia do spawania, w których gaz otrzymywany był z karbidu. Kawałek karbidu wkładało się do puszki z dziurką w pokrywce, polewało trochę wodą, zatykało, a kiedy wytworzył się gaz, podpalało. Huk wybuchu był taki, że aż w uszach dzwoniło. Może więc to właśnie ten huk uszkodził mi wtedy słuch?

Kolejna hipoteza: jako dziennikarz regionalnego dziennika „Echo Dnia” bywałem na podkarpackich poligonach (Stalowa Wola jest stolicą polskiej artylerii), gdzie uszy – co oczywiste -–były narażone na głośne odgłosy wystrzałów. Może swoje zrobiły też petardy, jakie wybuchały na relacjonowanych przeze mnie strajkach? Przyczyn „obustronnego niedosłuchu zmysłowo-nerwowego stromo opadającego”, jak to zdiagnozowano w Kajetanach, mogło być tak wiele, że w kartę informacyjną pacjenta wpisano mi w końcu „przyczyna nieznana”.

Problem z niedosłuchem zaczął mi utrudniać dziennikarską pracę. Ktoś mnie o coś pytał, a ja słyszałem, ale nie rozumiałem, co jest charakterystyczne dla niedosłuchu. Na początku nie dopuszczałem do swojej świadomości tego, że przestaję dobrze słyszeć. Ale coraz częściej ktoś zwracał mi uwagę bezpardonowo: „Co ty, głuchy jesteś?”, albo bardziej grzecznie: „Masz problem ze słuchem, przebadaj się”. Spłoszony zaprzeczałem. Nawet uprzejme stwierdzenie: „Bardzo cię przepraszam, ale zauważyłem, że słabiej słyszysz, może powinieneś się przebadać”, wywoływało u mnie mrowienie na plecach. Nie mówiąc o opinii wydanej przez moją bratanicę: „Jesteś głuchy jak babcia”. „Jak ja jestem głuchy, to ty też będziesz”, odgryzłem się. Ale kiedy przyjaciel zaskoczył mnie tekstem: „Pięć razy powtarzam, a ty nie słyszysz!”, czułem się jak wdeptany w ziemię. Pojawiała się we mnie cała gama negatywnych uczuć – zażenowanie, wstyd, żal i wreszcie ból.

„Słyszysz, jak ptaki ćwierkają?”, zapytała mnie kiedyś koleżanka na spacerze w lesie. Nie słyszałem. I problem narastał. A przecież jako dziennikarz musiałam słyszeć wyraźnie, żeby dokładnie spisywać wypowiedzi i cytować moich rozmówców. To podstawa tego zawodu. Po konferencjach prasowych ratowałem się, dzwoniąc do koleżanek i kolegów po fachu, żeby się upewnić, czy dobrze zrozumiałem, co mówiono. Miałem w nich oparcie. Na szczęście rozmowa przez telefon nie sprawiała mi problemu.

Z największym trudem zdążyłem jeszcze zaliczyć europejski kurs języka angielskiego metodą Callana, gdzie oczywiście największą trudność sprawiło mi słyszenie i rozumienie. A jednak zdałem! Ale w końcu doszedłem do ściany. Wreszcie dotarło do mnie, że mam problem ze słuchem. Tak bardzo zazdrościłem tym, którzy słyszeli dobrze!

W 2016 roku poszedłem do laryngologa. Znajoma pielęgniarka, która zrobiła mi audiogram, była zdumiona stromym spadkiem słyszalności wysokich częstotliwości. „Jak u czołgisty”, powiedziała.

Od laryngologa otrzymałem skierowanie do Światowego Centrum Słuchu w Kajetanach. Rok czekałem na wyznaczony termin wizyty. Wtedy, w 2017 roku, dojazd autobusem do Kajetan to był surwiwal. Ze Stalowej Woli do Warszawy jechałem pięć godzin, potem czekał mnie dojazd z dworca tramwajem do parkingu w alei Krakowskiej i autobusem podmiejskim przejazd do Nadarzyna. Stamtąd jeszcze marsz do Kajetan przez plac budowy trasy szybkiego ruchu. W końcu stanąłem na terenie zachwycająco pięknego Centrum, otoczonego sosnowym lasem.

Pierwsza wizyta zadziałała na mnie jak kubeł zimnej wody. Technik, który testował mój słuch, nie mógł uwierzyć, że mam taki duży ubytek w obu uszach. Przez szybę kabiny zrozumiałem z ruchów jego ust mówione z niedowierzeniem: „Nie słychać?”. Swoje dołożyła pani doktor, która oceniła mój przypadek jako trudny i uprzedziła, że nawet implant nie przywróci pełnego słuchu. Pomyślałem sobie: „Kurczę, tu trafiają przecież najtrudniejsze przypadki i ja wśród tych trudnych jestem jako jeszcze bardziej trudny?”. Po roku była jeszcze jedna wizyta w Kajetanach – jednodniowy pobyt w szpitalu. To był dzień badań żmudnych i trudnych. Podczas testowania w kabinie miałem problemy z rozróżnieniem, czy słyszę podawany ton, czy to są szumy uszne. W końcu specjaliści orzekli, że żaden aparat słuchowy nie poprawi mi słyszenia. Może to zrobić tylko wszczepiony implant.

Bardzo ważna była rozmowa z Joanną Putkiewicz-Aleksandrowicz z Zakładu Implantów i Percepcji Słuchowej. Podczas tego spotkania przeżyłem twarde lądowanie, bo uświadomiono mi, że bez implantu będzie tylko gorzej i gorzej. I że implant jest protezą, a żadna proteza nie jest tak doskonała jak zdrowy narząd słuchu. Decyzję o wszczepieniu implantu miałem dobrze przemyśleć, bo dochodzenie do sprawności po operacji to długi okres, wymagający cierpliwej rehabilitacji, a efekt nie zawsze może być taki, jakiego można oczekiwać. Miałem wypełnić ankietę, na ile jestem zdecydowany na wszczepienie implantu. Jak mnie uprzedzono, raz podjęta decyzja nie jest ostateczna. Można zawsze zrezygnować z wszczepienia, nawet leżąc już na stole operacyjnym. Ja byłem jednak nie tyle zdecydowany na implant, co zdeterminowany – marzyłem o tym, że po operacji będę lepiej słyszał.

Listem z 21 sierpnia 2018 roku otrzymałem z Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu informację, że „na podstawie analizy przeprowadzonych badań i konsultacji komisja kwalifikacyjna podjęła decyzję o zakwalifikowaniu pacjenta do operacji wszczepienia implantu ślimakowego”. Decyzję podpisał przewodniczący komisji, profesor doktor habilitowany nauk medycznych Henryk Skarżyński. Termin operacji został wyznaczony pod koniec lutego 2020 roku. Cztery lata od skierowania, jakie otrzymałem od laryngologa w moim rodzinnym mieście! Poczułem ulgę, bo pojawiła się nadzieja na lepszy słuch.

W dniu operacji trzeba było wcześnie wstać, umyć głowę specjalnym szamponem. Nie brałem środków uspokajających, choć zostałem poinformowany, że przy zabiegu jest ryzyko powikłań i może dojść do niepożądanych objawów. Nie miałem łomotania serca, drżenia rąk, nie byłem zdenerwowany. Może dlatego, że wierzyłem, że jestem w dobrych rękach specjalistów z zespołu kierowanego przez niezwykłego lekarza i naukowca, jakim jest profesor Henryk Skarżyński. Wcześniej poleciłem się Bogu za pośrednictwem świętego Filipa Smaldone, patrona głuchych, a mszę świętą w intencji szczęśliwej operacji zamówiłem w Rudniku nad Sanem, gdzie powstaje ogólnopolskie hospicjum dla głuchoniemych, na działce podarowanej przez księdza Czesława Walę (to właśnie zmarły w ubiegłym roku ksiądz Wala odprawił za mnie mszę). Spokojny i pełen wiary dałem się więc poprowadzić na salę operacyjną. Anestezjolog, podając mi narkozę, powiedział z uśmiechem: „Dobranoc, do zobaczenia”. Miałem się obudzić z implantem w lewym uchu, bardziej „głuchym” od prawego.

Przebudzenie nie było miłe. Przez dwa dni miałem mdłości po narkozie, kręciło mi się w głowie, nie mogłem nic jeść. Z boku głowy przymocowana była strzykawka, która odciągała krew, aby nie powstały skrzepy. Wprawdzie nie odczuwałem żadnego bólu po operacji, ale musiałem brać leki przeciwbólowe, bo miały także działanie przeciwzapalne. Niestety, straciłem niemal całkowicie resztki słuchu w operowanym uchu i słyszałem jeszcze gorzej. A do założenia aparatu i aktywacji było jeszcze daleko.

Tydzień po wszczepieniu implantu przyjechałem do Kajetan na ściągnięcie szwów. Potem już mogłem założyć procesor, ale jeszcze bez aktywacji. Przez cztery miesiące miałam tylko nastawiać kolejne programy, aby mózg przyzwyczajał się do impulsów elektrycznych. Aż przebierałem nogami z niecierpliwości, kiedy usłyszę pierwsze dźwięki dzięki implantowi. To był czas, gdy przestałem ukrywać przed otoczeniem moje problemy ze słuchem i przyznałem się, że noszę jakieś wspomagające go urządzenie. Przed jedną z konferencji prasowych powiedziałem swoim kolegom i koleżankom dziennikarzom, że jestem po wszczepieniu implantu. Pokazałem procesor. Nie okazali żadnego zdziwienia. Ja natomiast byłem przekonany, że uniknąłem szeptów za moimi plecami „co on tam ma za uchem”. To było jak przejście przez próg. Od tej pory otwarcie mówiłem, kiedy tego wymagała sytuacja, że mam aparat. A takie sytuacje były wtedy, gdy nie dosłyszałem, co ktoś do mnie mówi i prosiłem o powtórzenie. Myślę, że ludzie są bardziej tolerancyjni, niż nam się wydaje i tylko przewrażliwienie osoby dotkniętej niedosłuchem przynosi jej niepotrzebne stresy. Myślę też, że trzeba mieć poczucie humoru i dystans do samego siebie, a wtedy życie staje się bardziej kolorowe.

Wreszcie nadszedł dzień, kiedy mój procesor mowy został aktywowany w Kajetanach. „Już będę słyszał?”, zapytałem inżyniera, który dobierał mi poziom głośności. „Nie”, odpowiedział. I niestety miał rację. Bo to był dopiero początek tak zwanej rehabilitacji słuchu.

Efekt słyszenia na początku był żaden. Coś tam „skwierczało” w aparacie, ale to nie było to, o czym marzyłem. Rozpoczął się zaplanowany na dwa lata program opieki rehabilitacyjnej. Żmudnego, codziennego ćwiczenia słuchu przez przewód audio, dołączony do procesora. Z sentymentem wspominam spotkania z surdologopedą i neurologopedą Magdaleną Olędzką, logopedą i psychologiem Agnieszką Rutkowską, prowadzącymi ćwiczenia rehabilitacyjne. Dostawałem od nich nagrane ćwiczenia domowe. Mogłem nawet zadzwonić po poradę, co miało znaczenie ze względu na dużą odległość. „Bez ćwiczeń nie będzie poprawy, nie będzie pan rozumiał mowy”, podkreślała pani Magdalena.

Podczas ostatniej wizyty w Instytucie w kwietniu 2021 roku miałem kolejne ustawienie procesora i chyba jest ono najlepsze ze wszystkich dotychczasowych. Zacząłem wyraźniej odczuwać poprawę słuchu w implantowanym uchu. Ale musiałem sobie zdać sprawę, że w moim przypadku to będzie tylko poprawa, a nie powrót do całkowitego słyszenia. Po roku od operacji ze zrozumieniem słów bywa różnie. Przy jednej rozmowie czuję wyraźny postęp i to mnie uskrzydla, przy innej ledwie domyślam się, o co chodzi. Wiele zależy od tego, jak ktoś mówi. Przy wielu źródłach dźwięku naraz – włączony telewizor, szczekający pies, płaczące dziecko – mam duży problem ze zrozumieniem, co ktoś do mnie mówi. Ale jest już lepiej. Procesor dźwięku stał się częścią mnie. To mój przyjaciel.

Doktor Małgorzata Zgoda zauważyła, że szybko mówię i chciałbym szybko zrozumieć to, co ktoś do mnie mówi, a tymczasem pomaga chwila zastanowienia, domyślenia się, aby osiągnąć zrozumienie. Albo wystarczy dopytać o coś, czego nie zrozumiałem, i problem maleje bądź znika.
Podczas ostatniego spotkania od pani doktor usłyszałem sugestię, że mam przejść z ćwiczeń słuchania pojedynczych słów i zdań przez kabel audio na słuchanie (również przez kabel) książek mówionych. To oznaczało kolejny szczebel w doskonaleniu słuchu. Jako pierwszy dostałem audiobook „Obsługiwałem angielskiego króla” Bogumila Hrabala czytany przez Artura Barcisia. Rozpocząłem nim „rejs do następnego portu”, gdzie mam słyszeć jeszcze lepiej. Będzie on trwał aż do ostatniej wizyty, jaką wyznaczono w moim programie opieki rehabilitacyjnej, czyli do czerwca 2022 roku. Książka Hrabala, której teraz słucham, zaczyna się od słów: „Posłuchajcie, co wam teraz powiem”… No więc posłuchajcie, co ja Wam teraz powiem. Dzięki implantowi w maju po raz pierwszy usłyszałem śpiew ptaków… •

Więcej w wydaniu:
https://slysze.inz.waw.pl/JUBILEUSZ-w-Filharmonii-Narodowej-Słysze-wrzesien-pazdziernik-5-181-2021/

https://slysze.inz.waw.pl/jubileusz-w-filharmonii-narodowej-slysze-wrzesien-pazdziernik-5-181-2021/