Sebastian Turek od urodzenia był niesłyszący. W ubiegłym roku skończył studia medyczne. Jak tego dokonał?

Ma 25 lat. W ubiegłym roku skończył studia medyczne, teraz odbywa staż w jednym z łódzkich szpitali. – Nie osiągnąłbym tego, co osiągnąłem, gdyby nie implant prawego ucha, który w wieku 11 lat wszczepiono mi w Instytucie Fizjologii i Patologii Słuchu w Kajetanach – mówi niesłyszący od urodzenia Sebastian Turek. – Na studiach nie było lekko – przyznaje, opowiadając szczerze o problemach, na jakie napotykał nie tylko w czasie zajęć. Dr Sebastian Turek wierzy, że jego doświadczenia mogą być wsparciem dla innych osób takich jak on.

Pani Anna Sobotka-Turek z synem podczas wakacyjnej wędrówki.
Pani Anna Sobotka-Turek z synem podczas wakacyjnej wędrówki.

Nie ukrywam, że ukończenie tak trudnych studiów dla mnie, słyszącego dzięki jednemu implantowi w prawym uchu (w lewym mam 90-procentowy ubytek słuchu, próbowałem nosić aparat słuchowy, ale on działał chyba tylko na zasadzie placebo), było wielkim wyzwaniem. Bez implantu nie dałbym rady skończyć medycyny. Prawdopodobnie poszedłbym do innej szkoły i został kimś innym. Czy byłbym szczęśliwy? Nie wiem. Wiem jedno – gdybym miał wybierać między medycyną a innymi, łatwiejszymi studiami, wybrałbym – co oczywiste – te łatwiejsze. Gdybym jednak miał wybierać między pracą lekarza a innym zajęciem, wybrałbym zawód lekarza! A konkretniej, radiologa. Właśnie taką specjalizację sobie wymarzyłem i zamierzam zrealizować ten cel.


Najtrudniejsze mam już za sobą


Studia, które dla innych są trudne z tego powodu, że trzeba opanować mnóstwo materiału, dla mnie były wyzwaniem z innego powodu – ponieważ implant nie jest tak doskonały jak ludzkie ucho, nie zawsze rozumiałem to, co wykładowcy mówili podczas zajęć. Na pierwszym roku studiów medycznych jednym z głównym przedmiotów jest anatomia człowieka, a zajęcia odbywają się w prosektorium. Niestety, był tam taki hałas, że siedząc obok Jego Magnificencji prof. Kazimierza Jędrzejewskiego (jednego z najlepszych wykładowców na Uniwersytecie Medycznym w Łodzi), nie mogłem zrozumieć, co dokładnie mówi. Pamiętam, profesor tłumaczył zasady przebiegu tętnic w kończynie dolnej, a ja myślałem: „Muszę doczytać to w domu”. Nie miałem innego wyjścia, chociaż to właśnie na zajęciach w prosektorium można było skorzystać najwięcej. W domu wszyscy robili tylko powtórkę. Niestety, ja musiałem dziesięć razy dłużej ślęczeć nad książkami, aby nadążyć za innymi studentami i uzupełnić to, co straciłem na zajęciach z powodu hałasu w prosektorium. Dotąd nie wiem, skąd on się wydobywał. Może to lampy i klimatyzatory go powodowały?

Inny przykład z zajęć z pediatrii w szpitalu na Spornej. Pani profesor poprosiła nas, grupę studentów trzeciego roku, o zbadanie dziecka. Ja miałem zrobić to jako pierwszy. Niestety, nie miałem pojęcia, że takie badanie zaczyna się od ciemiączka, węzłów chłonnych, oczu, jamy ustnej. Pani profesor była wyraźnie zdezorientowana i niezadowolona. „Nie uczyliście się tego?”, denerwowała się na całą grupę. Moi koledzy i koleżanki tłumaczyli, że właśnie zakończyła się prelekcja „Jak badać dziecko?”, ja też na niej byłem, ale nie słyszałem wszystkiego, co mówi prowadzący. Dlatego nie wiedziałem, jak zabrać się do badania.


Więcej w wydaniu:
http://slysze.inz.waw.pl/dziecko-w-gabinecie-terapeutycznym-slysze-nr-marzec-kwiecien-2-166-2019/