Najtrudniejszy pierwszy krok. Beata Sadowska zachęca do biegu

Beata Sadowska pod czas maratonu w Tokio w 2012 r.

Beata Sadowska pod czas maratonu w Tokio w 2012 r.

Ktoś, kto przez ostatnich 10 lat siedział na kanapie, nie może wyjść do parku i udawać maratończyka. Niewytrenowanej osobie wystarczy sił najwyżej na marszobieg, mówi Beata Sadowska, dziennikarka i prezenterka telewizyjna, znana z zamiłowania do ruchu i zdrowej diety. Przebiegła 12 maratonów, ale nikogo do nich nie namawia. Przekonuje za to, że ruch to ogromna przyjemność, i wspiera promowaną przez Instytut Fizjologii i Patologii Słuchu ideę 10 tysięcy kroków.

SŁYSZĘ: Jak zmobilizować się do codziennego ruchu?
BEATA SADOWSKA: Trzeba wykonać pierwszy krok. Od niego zaczyna się nawet maraton. Jeśli znajdziemy w sobie tyle determinacji, żeby się ruszyć, jest szansa, że potem będziemy chodzić, maszerować, może nawet biegać. Nie będziemy w stanie wyobrazić sobie dnia bez 10 tysięcy kroków…

S.: A kiedy Pani postawiła ten pierwszy krok?
B.S.: Zawsze lubiłam ruch, WF był moim ukochanym przedmiotem w szkole. Przez kilka lat trenowałam lekkoatletykę na Legii, ale potem zrezygnowałam. Po prostu przetrenowałam się. Zrozumiałam, że nie nadaję się do silnej rywalizacji w sporcie. Że nie chcę się z nikim ścigać i walczyć o trofea. Przez 15 lat unikałam biegania, mówiłam nawet, że go nie znoszę. Oczywiście potem okazało się, że… kocham biegać. Przyjemność, jaką można z tego czerpać, zakodowała się w mojej głowie i w mięśniach. Dlatego w końcu wróciłam. Tym razem nie po to, aby się ścigać, ale zrobić coś dla siebie.
Pierwszy bieg po 15-letniej przerwie okazał się dramatyczny. Mimo że przez cały czas byłam aktywna – grałam w tenisa, jeździłam konno, trenowałam pilates i jogę – miałam wrażenie, że zgubię płuca po drodze. Założyłam, że zrobię pięć kółek w parku, a nie byłam w stanie przebiec nawet jednego. Zrozumiałam wtedy, że do biegania muszę wracać spokojnie, powoli, z szacunkiem do organizmu, który odzwyczaił się od długotrwałego wysiłku.

S.: Nie każdy organizm w ogóle nadaje się do takiego wysiłku. Właśnie dlatego zaleca się raczej codzienne marsze, a nie biegi…
B.S.: To prawda, ale taka teoria rozleniwia. Można z góry założyć „nie nadaję się do biegania” i cały czas siedzieć na kanapie. Kiedy słyszę takie zdanie, pytam; „A jak zacząłeś biegać?”. Wtedy zwykle okazuje się, że po latach nicnierobienia „kanapowiec” założył dres i postanowił biegać przez godzinę. Znany błąd neofity. Sama tak zrobiłam i ledwo przeżyłam (śmiech). Nic dziwnego, że po takim treningu pada zdanie nieznoszące sprzeciwu: „nie nadaję się do biegania”. A wystarczy zacząć spokojnie, z pokorą, od marszobiegu. Przez chwilę truchtamy, a kiedy pojawia się zadyszka, zwalniamy do marszu. Gdy oddech się uspokoi, można wrócić do biegu. Warto dać sobie taki czas na rozruch i trenować w ten sposób trzy razy w tygodniu przez miesiąc, dwa.


Więcej w wydaniu styczeń/luty 2014 (1/136/2014)
http://slysze.inz.waw.pl/w-numerze-11362014-styczenluty-2014/

KUP TERAZ
http://www.inz.waw.pl/web/wydawnictwa/isklep.php