Maciej Miecznikowski opowiada o swoich problemach ze słuchem

Maciej Miecznikowski / Fot. arch. IFPSOtoskleroza, której leczeniu poświęcone było 4th International Symposium on Otosclerosis and Stapes Surgery organizowane w Krakowie przez Instytut Fizjologii i Patologii Słuchu oraz Instytut Narządów Zmysłów, to choroba, która osłabia zdolność słyszenia niskich tonów, szczególnie ważnych dla odbioru muzyki. Dlatego leczenie pacjentów, którzy są zawodowymi muzykami, jest dla otochirurgów –  jak  podkreślali eksperci – szczególnym wyzwaniem. Jednym z pacjentów, którzy przeszli leczenie otosklerozy w Światowym Centrum Słuchu, jest  Maciej  Miecznikowski. – Chyba tylko dzięki operacjom wykonywanym przez prof. Henryka Skarżyńskiego mogę bez przeszkód uprawiać swój zawód – mówi wokalista.

To zadziwiające, jak wielu pacjentów nie wie, kiedy zaczęło się gorsze słyszenie – mówił podczas jednego ze swoich wykładów prof. Erwin Offeciers z European Institute for ORL-HNS w Antwerpii. Maciek Miecznikowski właśnie do nich należy. Nie potrafi dokładnie odpowiedzieć na pytanie, kiedy pojawiły się u niego problemy ze słuchem. – Wszystko działo się bardzo wolno, stopniowo, tygodniami, miesiącami, chyba nawet latami – mówi. – Myślę, że choroba zaczyna się od pogłaśniania telewizora, radia w samochodzie, proszenia, aby ktoś powtórzył coś, czego się nie dosłyszało. Potem nachylasz się do rozmówcy lepiej słyszącym uchem, aż wreszcie nie słyszysz budzika, bo rano leżałeś nie na tym uchu co trzeba. Pobiłem już wszystkie rekordy, kiedy w sklepie muzycznym próbowałem udowodnić panu sprzedawcy, że słuchawki są popsute, bo jedna strona przecież nie działa – opowiada. – Minęło sporo czasu, zanim w końcu uświadomiłem sobie, że nie słyszę dobrze, że zaczynam „tracić” dźwięki. Że wokół mnie jest jakby ciszej niż kiedyś. Wychowałem się w ciszy (w domu na Kaszubach przez długi czas nie mieliśmy nawet radia). Gdy więc słuch stopniowo zaczął odmawiać mi posłuszeństwa, nie przeżyłem szoku. Zdążyłem się natomiast w ciszy rozsmakować. Było mi w niej po prostu dobrze – opowiada.

Jak jednak, mając problemy ze słuchem, udawało mu się funkcjonować na scenie muzycznej? Odpowiadając na to pytanie, nie narzeka, lecz wymienia korzyści, jakie miał z powodu niedosłuchu. – Paradoksalnie jako muzykowi problemy ze słuchem mi w pewnym sensie pomogły – mówi z uśmiechem. – Wykształciłem w sobie coś w rodzaju słuchu wewnętrznego i dziś nie potrzebuję na scenie żadnych odsłuchów, żeby nie fałszować. Wystarczy mi, że słyszę rytm, i już mogę występować, w każdych warunkach. Nigdy też nie miałem problemu z tzw. słuchem muzycznym – wyjaśnia Maciek. – Niestety, gorzej było z pracą twórczą w studiu nad nowymi produkcjami muzycznymi, bo tam ważne są niuanse. A także ze zwykłą komunikacją międzyludzką – nie słyszałem dobrze niskich częstotliwości, dlatego traciłem głoski czy nawet słowa. Radziłem sobie, czytając z ruchu warg. Aby zrozumieć wiadomości, podkręcałem na maksa radio. No i żona nauczyła się przez to krzyczeć! (śmiech).

– Zanim trafiłem do Kajetan, musiałem bardzo głośno słuchać muzyki – mówi Maciek. – Po operacji to się zmieniło. W ogóle świat stał się nagle bardzo głośny. Jazda samochodem pierwszego dnia po operacji była koszmarem. Wszyscy mówili – a tak mi się przynajmniej wydawało – bardzo głośno. Przy kolacji siedziałem z założonymi słuchawkami na uszach, żeby zagłuszyć te wrzaski. Na szczęście po kilku dniach wszystko się wyrównuje, więc słyszałem już normalnie. Nareszcie mogłem cieszyć się nie tylko śpiewem na scenie, lecz także śpiewem ptaków. Albo po prostu szumem drzew, którego wcześniej nie słyszałem wcale. No i przede wszystkim usłyszeć tę całą finezję w muzyce, która jest moim światem, te drugie plany, smaczki, wszystkie instrumenty.


Więcej w wydaniu:
http://slysze.inz.waw.pl/4th-international-symposium-on-otosclerosis-and-stapes-surgery-iii-konferencja-wytyczne-w-otologii-towarzystwa-otorynolaryngologow-foniatrow-i-audiologow-polskich-slysze-nr-maj-c/