Jestem szczęśliwy, gdy się doskonalę. Wywiad z Jerzym Górskim

Jestem szczęśliwy, gdy się doskonalę. Wywiad z Jerzym Górskim

Jestem szczęśliwy, gdy się doskonalę. Wywiad z Jerzym Górskim

W wieku 35 lat, po 14 latach brania morfiny i heroiny, picia wódki i palenia 100 papierosów dziennie, po sześciu latach terapii, wyszedłem z nałogu. Udowodniłem, że ograniczenia w ludzkim życiu stawiamy sobie sami. One istnieją tylko w naszej głowie. Ulegają im ci, którzy mówią zamiast działać, opowiada Jerzy Górski, zwycięzca najbardziej prestiżowych zawodów triathlonowych – w podwójnym Ironmanie, bohater książki Łukasza Grassa „Najlepszy. Gdy słabość staje się siłą” oraz filmu Łukasza Palkowskiego „Najlepszy”. Obecnie pasją Jerzego Górskiego jest tzw.  total immersion, czyli pływanie bezwysiłkowe. O niezmiennej fascynacji sportem, ludźmi i życiem opowiada w wywiadzie dla „Słyszę”.

Jerzy Górski nigdy nie ukrywał, jak bardzo był uzależniony od narkotyków. „Bezstresowym sposobem na zdobycie morfiny były lewe recepty, ale z czasem zabrakło aptek, w których można było realizować je anonimowo, i farmaceuci rozpoznawali nas już po sposobie chwytania za klamkę. Włamania do aptek były dla nas niczym zabawa, która pozostawiała po sobie stosunkowo niewiele śladów. Pogrywaliśmy z milicją, jak tylko się dało. (…) Czasami na wniosek prokuratury zamykano mnie w areszcie śledczym, gdzie oczekiwałem na proces. Sędziowie, widząc stan, w jakim się znajdowałem, kierowali mnie na badania, gdzie diagnozowano u mnie lekomanię i uzależnienie od opiatów. Tak właśnie zaczął się kolejny etap mojego staczania się: zakład karny i psychiatryk”, opowiadał o pierwszych latach uzależnienia w książce. Wielokrotnie trafiał na odwyk do szpitala psychiatrycznego w Lubiążu i za włamania do więzienia. To właśnie siedząc w celi, usłyszał o Marku Kotańskim, który tworzył oddział Monaru w Głoskowie.

W Monarze bieg był elementem terapii. „Oczywiście nie było mowy, abym dotrzymał tempa grupie. Kiedy tylko zniknęli mi z oczu, oparłem się o jakiś murek. Rzygałem krwią, a płuca piekły mnie tak bardzo, jakby ktoś wlał w nie żrącą substancję”, opowiadał Jerzy Górski w swojej książce. Ale nie rezygnował. Kiedyś w telewizji obejrzał relację z maratonu wiedeńskiego, w którym zwyciężył Antoni Niemczak. Postanowił wtedy, że będzie taki jak on.

„Przestałem ćpać i znalazłem nowy cel w życiu: sport i bieganie. Zdrowo się od niego uzależniłem!”, przyznaje w książce. Treningi zaczęły przynosić wymierne efekty. W 1990 roku Jerzy Górski zostaje zwycięzcą w zawodach Double Ironman (7,6 km pływania, 360 km jazdy rowerem, 84 km biegu). W 1995 roku – po ciężkim wypadku i kilku operacjach – zalicza słynny Ultraman Triathlon na hawajskiej wyspie Big Island (10 km pływania, 421 km jazdy rowerem, 84 km biegu). Górski kończy także m.in. morderczy wyścig The Western States Endurance Run, czyli tzw. Bieg Śmierci (161 km biegu jednego dnia).

Dzięki książce i filmowi niezwykła historia Jerzego Górskiego staje się inspiracją dla wielu ludzi, którzy przeżywają trudne chwile, zmagają się z niepowodzeniami, niepełnosprawnościami. Pan Jerzy dostaje wiele listów i zaproszeń na spotkania, udziela wywiadów. Nie odmawia, bo wie, że opowiadając o swoich słabościach i sukcesach, może pomóc innym. Z Jerzym Górskim umawiam się na rozmowę, kiedy z Głogowa, gdzie mieszka, przyjeżdża do Warszawy. Miejsce spotkania? – Najlepiej na basenie, bo wcześniej umówiłem się już tam z trenerem pływania, Pawłem Lewickim – mówi. Na dzień dobry Pan Jerzy przekonuje „pływanie jest fantastyczne”.

Słyszę: Pływanie to Pana nowa pasja?
Jerzy Górski: W pływaniu cały czas można coś doskonalić i właśnie dlatego tak bardzo mnie ono fascynuje. Teraz niejako uczę się pływać po raz trzeci. Nauczyłem się pływać późno, mając ok. 30 lat. Wtedy po prostu pływałem, jak umiałem, po swojemu. Kiedy zafascynowałem się triathlonem, zacząłem trenować pływanie sportowe, w którym liczył się czas i kilometry. Pływałem więc szybko, siłowo. Technika nie była istotna. Teraz to właśnie ona jest najważniejsza. Uczę się pływać tak, aby mieć świadomość każdego ruchu, czuć całe ciało, od palców rąk do palców nóg. Na tym właśnie polega total immersion, czyli pływanie bezwysiłkowe. To taki rodzaj tai chi w wodzie.

S.: Jak Pan odkrył tę dyscyplinę?
J.G.: Cztery lata temu dowiedziałem się, że mam problemy z sercem. Lekarz w Centrum Medycyny Sportowej zapowiedział, że już nigdy nie będę intensywnie ćwiczył. Popatrzyłem mu wtedy w oczy i zapytałem „A jak sobie doktor to wyobraża?”. Uzgodniliśmy ostatecznie, że będę poruszał się w trybie slow, czyli na tętnie 120. Zainteresowałem się slow joggingiem, potem poznałem bezwysiłkowe pływanie. Zakochałem się w nim absolutnie. To teraz moja pasja. Dziś umówiłem się z Pawłem Lewickim, który jeszcze w latach 90. zainteresował się tą metodą i zaczął ją popularyzować w Polsce. Chcę z nim omówić pewne szczegóły techniczne. Jestem teraz na etapie przebudowywania wszystkiego, czego się kiedyś nauczyłem, a co było technicznie nieprawidłowe. A że wciąż włączają się stare nawyki, muszę się stale kontrolować. Dziś na przykład będziemy nawzajem filmować się na treningu. Bo oglądając film, możemy niejako spojrzeć na siebie z zewnątrz i wyłapać błędy. Kiedy robię błąd, koncentruję się na tym jednym ruchu i dotąd go ćwiczę, aż zacznę go wykonywać prawidłowo i aż utrwali się on w pamięci mięśniowej. Dopiero wtedy mogę skoncentrować się na jakimś innym ruchu.


Więcej w wydaniu:
http://slysze.inz.waw.pl/opieka-nad-dziecmi-z-implantami-slimakowymi-slysze-nr-marzec-kwiecien-2-160-2018/